.

POCZĄTKI

.

Przedstawione poniżej wspomnienia pochodzą z relacji

umieszczonych w naszej gazetce związkowej Polonica,

która ukazywała się w latach 1990-1993. Jest to historia

przedstawiona trochę pół żartem, pół serio, ale odzwierciedla

wszystko to, co się wtedy działo i jakie panowały wówczas

nastroje. Przekład jest w wersji oryginalnej. Jedyne

uzupełnienia to pełne nazwiska osób wymienionych

we wspomnieniach, no i prawdopodobnie już bez

błędów ortograficznych.

Autorem wspomnień jest jakiś Robert.

Aktualizacja 06.10.2008

001

Pierwsze oficjalne zebranie naszego, nazwijmy to związku, odbyło się dnia godnego i łatwego do zapamiętania, a mianowicie 31 października anno domini 1988. Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Oprócz Anetty Ferens, Jacka Girynia i Roberta Sadokierskiego, była z nami również pani Halinka Bornowska, która nas wspierała duchowo i służyła radą. W tym dniu mieliśmy się spotkać z tak zwanym konsultantem do spraw z młodzieżą katolicką, niejakim Valentinem Bakran. Niestety, całkowicie o nas zapomniał i nie pojawił się. Próbowaliśmy dodzwonić się, ale było zajęte. I wtedy rzecz się stała niesłychana. Anetta, niczym stary agent CIA, zadzwoniła na Televerket i poprosiła o możliwość wtargnięcia na rozmowę, która przeszkadzała nam w skontaktowaniu się z Valentinem. Że było to możliwe to nie wiedziałem, ale chyba byłem mniej zaskoczony niż sami rozmówcy. W każdym bądź razie Valentin zjawił się natychmiast i po półtora godzinnym oczekiwaniu, w końcu mogliśmy rozpocząć rozmowy przy prostokątnej ławie. A wszystko to odbyło się w jednym z lokali głównego kościoła . Podczas tego spotkania, oprócz picia herbatki i spożywania ciasteczek, dowiedzieliśmy się, jakie mamy możliwości, prawa i ewentualnie szanse na założenie jakiegoś polskiego klubu. Najpierw padła propozycja ze strony Valentina, że możemy przyłączyć się do istniejącego już związku szwedzkiego. Doszliśmy jednak do wniosku, że lepiej założyć nasz, niezależny, samorządny związek młodzieżowy pod patronatem kościoła. Dowiedzieliśmy się jak to wszystko można załatwić (ja się dowiedziałem gdzie się można załatwić) i sprawa ruszyła z miejsca. Valentin obiecał pomóc i pomaga. O godz. 21.00 albo jeszcze później, bez większych ekscesów, wszyscy rozeszliśmy się do domów w nastrojach zadumy, gdzie niegdzie nadziei.Gazetka „POLONICA”, Kwiecień 1990

002

Kolejne spotkanie, już w szerszym gronie odbyło się 4 listopada 1988 roku o godz. 19.00 w kaplicy na Rosengården. Głównym celem tego spotkania było przedyskutowanie konkretnych planów, co do naszego związku oraz ogólnej sytuacji polskiej młodzieży w Szwecji. Padło wiele gorzkich słów. Smutną prawdę przełykaliśmy herbatą, a niektórzy tylko śliną. Jak już się każdy wyżalił, to przeszliśmy do ustalenia wstępnych planów co do przyszłej działalności. Dowiedzieliśmy się, że istnieje coś takiego jak status no i raz dwa go opracowaliśmy. Później wyłoniły się perspektywy wspólnych imprez, zabaw, wyjazdów zagranicznych, różnych kółek zainteresowań, zespołów muzycznych i sportowych oraz wiele innych szalonych propozycji..Jednakże pierwszym naszym realnym celem miał być wspólny wyjazd na spotkanie z Papieżem w Vadstenie.

Nowo przybyły z Polski ks. Piotr Jasionowski, mający już doświadczenie z młodzieżą, szybko się nami zainteresował. A i ks. Rudolf Basista nie próżnował, serwując nam pyszne ciasteczka i pożyteczne rady. Nastrój spotkania był podniosły, ale wróżył dobrą przyszłość. W spotkaniu zaś wzięli udział P. Halinka Bornowska, Anetta Ferens, Waldek Sadokierski, Jacek Giryn, Robert Sadokierski, Mirek Nowak oraz Piotrek (na razie nazwisko nie znane), a także wyżej wymienieni księża. Na dzień 13 listopada wyznaczyliśmy spotkanie, w którym miało wziąć udział 25 osób, specjalnie wyselekcjonowanych, tzn. o nienagannej przeszłości i jako takim zaufaniu. W późnych godzinach wieczornych, gdy już się skończyły ciasteczka, ks. Rudolf poodwoził nas do domów swoim mini busikiem. A tę brawurową jazdę to niektórzy długo będą pamiętać. Gazetka „POLONICA”, Październik 1990

003

Dzień 13 listopada to był bardzo ważny dzień. Bałem się tego spotkania i to nie tylko ze względu na przerażającą datę. Na zebranie było zaproszonych 25 osobników, z czego pojawiło się 21. To i tak dużo, stwierdził ks. Piotr Jasionowski. No i może miał rację. Nasze zgromadzenie otworzyliśmy modlitwą o więź. Atmosfera była bardzo ciężka. Wprawdzie większość się znała, ale każdy wyczuwał powagę sytuacji. Podejrzane spojrzenia, ciche szepty, tu i ówdzie można było przyuważyć posępny wzrok (co niektórym tak zostało). Trochę to przypominało zebranie partyjne, bo ludzie tylko przytakiwali, kiwali głowami, czasami ktoś wyskoczył z oklaskami. Mało kto zabierał głos. Może mieli kaca albo po prostu się bali, tylko nie wiem czemu. Wszystkie nasze główne założenia i punkty przedstawiali Piotrek i Anetta, a Robert i Jacek, tłumaczyli wszystkim, o co biega. Ci pierwsi trochę się przejęli rolami, ale powiedzieli co chcieli i na dodatek to co trzeba. Najwięcej rozmawialiśmy na temat przyjazdu Papieża do Szwecji, o statusie naszej przyszłej organizacji, o planach na najbliższe paręset lat. Po wzruszającej prelekcji Jacka, na temat obecnej sytuacji Polaków Szwecji, wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że już nie będziemy się włóczyć po Mc Donaldach. A jak. Jak już się organizować to na całego.

Po jakimś czasie pojawił się niejaki Piotr Studniarski wraz z małżonką Joanną i dopiero się zaczął cyrkus. Jak oni się rozgadali, to szok. W sumie to Piotrek najwięcej nawijał (i tak mu już zostało)...że jakieś ”Krzaki Polskie”, że tańce ludowe, szmery bajery, pompki rowery. Tyle tego było na raz, że nasze spragnione sensacji dzieciaczki nie widziały już o co chodzi. A biedny Valentin to już w ogóle nic nie kapował, bo biedaczek przecież nie zna polskiego. No, ale mimo wszystko dużo ciekawych rzeczy można było usłyszeć, ale ze zrozumieniem tego wszystkiego to już inna sprawa. Nie byliśmy po prostu na tyle zorganizowani, aby odpowiednio się do tego ustosunkować. Jedno było pewne. Będziemy organizacją katolicką, w czym chyba główna zasługa ks.Piotra, który odpowiednio nas uświadomił i naprowadził. Po kilku godzinnych naradach, wygłodzeni, zamieszani, rozeszliśmy się tajnymi kanałami do naszych chat. Jedna mi tylko myśl śmigała przez głowę, że to wszystko nie jest takie proste, jak to sobie na początku wyobrażaliśmy. Ale nie było już drogi odwrotu. Gazetka „POLONICA”, Grudzień 1990

004

Głównym wydarzeniem dnia 20 listopada były wybory do naszego pierwszego komitetu centralnego, czyli tak śmiesznie zwanego zarządu. Jeśli chodzi o jakąś kampanie przedwyborczą to takowej nie było. Chociaż też nie wiadomo, bo co niektórzy troszkę lepiej się poubierali niż zwykle, niezdążywszy nawet pozrywać metek z przecenami. Wybory odbyły się drogą zupełnie demokratyczną. Na wcześniej przygotowanych, tym razem czystych kartkach, każdy miał napisać imię lub nazwisko, ewentualnie pseudonim, a już w najgorszym wypadku numer ewidencyjny swojego kandydata lub kandydatki. Spośród ponad 15-stu obecnych, uprawnionych do głosowania młodzieniaszków, wyłoniono następującą ekipę rządzącą:

The Boss, czyli przewodniczącą, która otrzymała najwięcej głosów zaufania została Anetta Ferens – zasłużona działaczka kościelna, dobroduszna przyjaciółka, brunetka, wzrost odpowiedni, wymiary...

Spośród pozostałych kandydatów, którzy otrzymali odpowiednią liczbę głosów uformowano następujący skład zarządu: Skarbnik – Lidia Lachowicz (sama posiadała nie mało skarbów), Sekretarz – Edyta Wasielczyk (nie jeden by chciał taką sekretarkę), Radny - Robert Sadokierski, (wice przewodniczący, wiecznie śpiący), Radny - Jacek Giryn (nigdy nie milczący na szczęście nie śpiewający). Funkcje bliżej nie określone przydzielono obywatelom Waldemarowi Sadokierskiemu i Mariuszowi Staniszewskiemu, (prawdopodobnie jako wtyczki obcego wywiadu, śledztwo trawa, pa.). Wszyscy byli szczęśliwi z dokonanych wyborów. Żadne protesty nie napłynęły, nikt nie płakał, nikt nie sikał z radości. Natychmiast przystąpiliśmy do ustalania dalszych szczegółów dotyczących naszej egzystencji. Sprostowaliśmy po raz kolejny nasz status. Najwięcej jednak miejsca poświęcono wizycie Papieża w Szwecji oraz naszego w niej udziału. Padło wiele ciekawych propozycji. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że właśnie ten fakt, że organizowaliśmy się na wyjazd, aby spotkać się z Papieżem, sprawił, że nasz związek szybko nabywał nowych towarzyszy, wzbudzał zainteresowanie, a także potrzebę istnienia. Praktycznie każdy młody człowiek chcący jechać do Vadsteny, musiał się przewinąć przez nasze ręce (nie będę pisał kto i przez czyje ręce się przewijał). Jednym z punktów tego pamiętnego spotkania, była próba ustalenia oficjalnej nazwy naszego związku. Na pierwszy ogień poszedł skrót po szwedzku. Po wielu propozycjach, szczególnie ze strony Grzegorza Wielgosza, ustaliliśmy P.K.U.F – Polska Katolska Ungdomsföreningen. Impreza zaczęła się jak zaczęliśmy zastanawiać się nad nazwą polską, coś w stylu ”Kwiaty Polskie”. Ludzie szaleli, padały potężne propozycje: „Krzyżacy”, „Brygada Rudolfa”, „Chwasty Polskie”, itp. Najlepszą nazwę „Gloria” wysunęli Jacek G. i Robert S. Próbowali oni wszelkimi sposobami, aby nazwa przeszła. Po zażartej jednak walce przesunięto ten problem na następne spotkanie. Wszyscy mieli przyjść z gotowymi propozycjami i ponownie przedyskutować nazwę naszego związku. Gazetka „POLONICA”, Kwiecień 1991

005

Długo się zastanawiałem jak potraktować ten dzisiejszy odcinek. Problem jest w tym, że niezbyt ściśle pamiętam nasze kolejne chronologiczne spotkanie. Nie dla tego, że mi się wtedy film urwał, czy że się zakochałem. Po prostu, szperając w moich notatkach sporządzonych na papierze toaletowym, znalazłem jedynie krótki wstęp. Reszta była nieczytelna i nie będę pisał dlaczego. Postanowiłem jednak, że napiszę wszystko, co pamiętam na temat tego wieczorka. O! Już mi coś świta…

27 listopada. Niedziela. Spotykamy się w kaplicy na Rosengården. A była to już godzina 19-ta, że niektóre dzieciaczki nie przyszły, prawdopodobnie zostawszy na dobranocce. Z policyjnych kartotek dowiedziałem się, że było nas wtedy sztuk 15. Księża przyjęli nas znakomicie, było stare ciasto i jakieś picie. Na początek to oczywiście rozgrzewka. Czyli tak: Robert zaczął znęcać się nad pianinem, Mirek podrywał dziewczyny, (ale tylko z krzeseł). Dziewczyny zaś zrobiły coś czarnego do picia, a nam mówiły, że to kawa. Grzesiek opowiadał jakieś najnowsze filmy przyrodniczo-terorystyczne, czy porno, mówiłem już, że nie za bardzo pamiętam. Później przyszedł Jacek, puścił parę kawałków Modern Talking i to był sygnał, aby jak najszybciej rozpocząć spotkanie.

Po krótkim wstępie na temat wypadu do Vadsteny, natychmiast przeszliśmy do głównego tematu tego spotkania. A była to oczywiście kwestia nazwy naszego związku. Najlepiej przygotowała się Anetta, przynosząc ze sobą do pomocy różne książki i chyba nawet Pismo Święte albo Koran, mówiłem że już nie pamiętam. W każdym bądź razie, z tych pomocnych nam materiałów mieliśmy wygrzebać coś ładnego, nieźle brzmiącego, najlepiej coś łacińskiego, a nuż coś inteligentnego, niekoniecznie poważnego, ewentualnie coś zrozumiałego… aż w końcu… nic z tego, nie znaleźliśmy nic ciekawego. I wtedy nagle Jacek cichutkim głosem wyszeptał: … a może „GLORIA”… Robertowi ryj się rozchmurzył, tylko na to czekał. Komuś tam włosy stanęły dęba i zapadła grobowa cisza. Po chwili zaś  zaczęła się zażarta kampania, aby nazwę „GLORIA” jednak uchwalić. Jej zwolennicy rośli w siłę, zdobywając sobie nowych sympatyków różnymi małymi szantażykami i średnimi scyzoryczkami. Aby uniknąć zbędnego rozlewu krwi, ktoś wpadł na głupi pomysł, aby głosować. Wprawdzie minimalnie, ale nazwa przeszła i prawie wszystko powinno być cacy. Atmosfera zrobiła się jednak śliska, były pewne wątpliwości, niedosyt. Księża na szczęście byli cały czas w pobliżu i co niektórym udało się ujść z życiem. W takim to przyjemnym nastroju zakończyło się to nasze małe spotkanko.

Jak będzie wyglądała nasza przyszłość, skoro kłócimy się o takie banalne sprawy? Kto będzie robił kawę na najbliższym spotkaniu? Jaki samochód chciałby mieć Waldek i dlaczego mercedesa? Te i wiele innych pytań nurtowało nas, kiedy czmychaliśmy do domu pod osłoną nocy. Czy wszystkim dane było wrócić do domu po tym spotkaniu? Nie pamiętam, ale ja mam alibi. Gazetka „POLONICA”, Październik 1991 rok

006

Ci szczęśliwcy, którzy czytali naszą poprzednią gazetkę, nie tylko czują się teraz lepiej, ale zapewne też pamiętają, że nasze ostatnie spotkanko zakończyło się w niezbyt przyjemnej atmosferze. Ciemne chmury oraz bojowe nastroje, przeniosły się również na nasze kolejne zgromadzenie. Dokładnej daty nie pamiętam, ale na pewno było to na początku grudnia 1988 roku. Spotkaliśmy się w jednym z podziemnych lokali kościoła w centrum miasta. Przyczłapało zaledwie siedmiu bladych ludzików. Zaczęło się nastrojowo. Na samym początku grupa opozycyjna, nie używając siły, oznajmiła ustnie, dawno nie używając pasty do zębów, że nazwa „Gloria” im się nie podoba i że należy tę sprawę jeszcze raz przedyskutować. Wszyscy zamarli. Krew zaczęła wstępować na czoła. Ci, co mieli czyste zęby zaczęli je powoli wyszczerzać. Sytuacja była napięta. Padło kilka krótkich, ostrych uwag oraz kilka chorych na serce much. Każdy był podenerwowany, ale wszyscy starali się trzymać nerwy przy sobie. Jeden tylko nie wytrzymał i puścił bąka. Sprawca tego aktu dywersji nadal przebywa na wolności. A że nie było innej, konkretnej propozycji na nową nazwę, więc nie mając ze sobą żadnych narzędzi ostrych, nie wiedzieliśmy, co dalej robić…

Sytuację uratowała Bozia, zesławszy nam nie wiadomo skąd, ale na pewno nie z nieba, Tomka Borowca, który akurat przywiózł Edytę Wasielczyk na spotkanie. Parę jego dowcipów różnego gatunku i na różnym poziomie, wystarczyło, aby rozbawić ciche i posępne towarzycho. Poświrowawszy trochę Tomek pojechał, a my dalej nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Zaczęło się od szperania po szafkach, a każda jadowita zdobycz, natychmiast została uratowana od marnotrawstwa. A ludzie byli głodni, bo pamiętam, że nawet mydło wcięło. Później znaleźliśmy magnetofon i płyty. Nie za bardzo wiedzieliśmy jak pogodzić te dwie rzeczy. Niektórzy to dość długo kombinowali i jak by tak mieli więcej czasu, to nagroda Jobla w dziedzinie techniki murowana.

Naszym największym jednak odkryciem był stół tenisowy. Natychmiast go rozłożyliśmy i wszyscy wyrazili chęć do grania. Ktoś wpadł na pomysł, że będziemy biegać dookoła stołu i odbijać piłeczkę. Dwie najzwinniejsze osoby, które zostaną na końcu, będą grały mecza. Wprawdzie było mało rakietek, to jednak ktoś udowodnił, że można grać nawet tłustą patelnią. Zrobiło się potężnie wesoło. Wszyscy się świetnie bawili. Nie każdy jednak potrafił omijać ostre wiraże i czasami kolidował z wystającymi kantami stołu, o czym do dzisiaj świadczy jego bardzo cienki głosik. Szaleliśmy tak do późnego wieczora. Szybko zapomnieliśmy o naszym sporze, do którego już nigdy więcej nie powróciliśmy. Dzięki dobrej woli każdego z nas oraz opatrzności Bożej, udało się nam zażegnać pierwszy, poważny konflikt, który nawet mógł prowadzić do upadku naszego związku, bo przecież tak nie wiele było potrzeba.

Bardzo utkwiło mi to spotkanie w pamięci i dużo z niego wyniosłem. Niestety, stołu tenisowego już nie dałem rady wynieść. Gazetka „POLONICA”, Marzec 1992

007

Przeskakujemy troszeczkę w czasie i będziemy teraz wspominać, co ważniejsze spotkania. A oto jedno z nich, powiedział Zdzich.

11 lutego, sobota, 1989 roku. Dzień, w którym Bóg bierze nas w opiekę, innymi słowy, nasza pierwsza msza św.

W tym właśnie wspaniałym dniu, mieliśmy wziąć czynny udział we mszy św. w kaplicy na Rosengårdzie. Spotkaliśmy się na dwie godziny przed mszą św., aby przeprowadzić jeszcze generalną próbę. Zaczęło się jak zwykle, tzn. nie wszyscy przyszli na czas, co u niektórych jest rzeczą zupełnie normalną. Rozpoczęliśmy jednak repetycje, które wyglądały tak fatalnie, jak koncerty New Kids on the Block. Gitarzyści stroili gitary, reszta stroiła nerwy. Ze względu na zaburzenia psychiczne, Grzegorza Wielgosza opuszczają dwie osoby, które miały czytać z nim psalmy. Po lekkich torturkach, do pomocy zgłasza się Edyta Wasielczyk i w błyskawicznym tempie uczy się linii melodycznej. Robert Sadokierski w ostatniej chwili dostaje nowy, parokrotnie ocenzurowany tekst, który zupełnie mu nie pasuje. Co to będzie, co to będzie? Ostatnie próby pieśni wychodzą fatalnie. Nie ma jedności i solidarności, co do sposobu śpiewania. Nerwy i jeszcze raz nerwy. Ktoś daje znak. Ktoś inny ze strachu padł na wznak. Idziemy. Ludzie dobijają nas wzrokiem. No i zaczęło się.  Wstęp czyta Robert Sadokierski -  udało się, ale ledwo żyje chłopaczek. Pierwsze czytanie, Mirek Nowak -  no problem. Drugie, Edyta Wasielczyk – 3:0 dla nas. Psalmy Grzegorz Wielgosz i Edyta Wasielczyk – nie dali się pokonać tremie. Jacek Giryn i Anneta Ferens w modlitwach za wiernych i nie wiernych, również wyszli zwycięsko. Dwie pieśni, które wykonaliśmy pod koniec mszy św., przy rockowym akompaniamencie gitarzystów Wojtka Kruka, Ernesta Rusina i Wojtka Urniaża nadspodziewanie nieźle nam wyszły. Asia Ciecierska i Beata Zmyślona dzięki swojej szarmancji, zebrały na tacę więcej pieniędzy niż to zwykle bywało. Trzon chóru tworzyli jeszcze: Lidka Lachowicz, Agnieszka Koziarska, Violetta Chełstowska, Waldemar Sadokierski, Tomasz Oszmian, Mariusz Staniszewski oraz Piotr Studniarski (manager).

Ludzie byli mile zaskoczeni, albo po prostu nie mieli czym rzucać. My byliśmy ledwo żywi, ale za to szczęśliwi i praktycznie chcieliśmy iść do domu. Jednakże operatywność paru rodziców, którzy przygotowali kawkę, ciasteczka, soczek, ręczniki, sprawiła, że udaliśmy się wszyscy do podziemi kapliczki. Przy jednym stole zasiedli nasi rodzice, my, księża, Valentin, Piotr i inni.  Zrobiła się wspaniała atmosfera. Śpiewniki poszły w ruch. Fałszowaliśmy od pioseneczek miłosnych, aż do pieśni wojskowych, przy czym główny prym wiedli ks. Rudolf i ks. Piotr.

I tak, bardzo miłym akcentem, zakończył się ten dzień pełen wrażeń, który przyniósł nam rozgłos i w którym tylko cud Boży sprawił, że tak wszystko pięknie wyszło. Gazetka „POLONICA”, Październik 1992

008

15-16 kwietnia 1989. Obóz w Groben koło Göteborga.

To było nasze pierwsze spotkanie z Polską Młodzieżą Katolicką z całej Szwecji. W bardzo ładnej, ukrytej chatce w środki lasu, spotkało się około 30 miłośników zwierzaczków i ludzików. Naszą skromną brygadę tworzyli: Beata Zmyślona, Jacek Giryn, Lidia Lachowicz, Mariusz Staniszewski, Robert Sadokierski i Wojciech Urniaż. Pierwszego szoku jakiego doznaliśmy był fakt, że nigdzie nie mogliśmy znaleźć telewizora, który był dla nas najważniejszy, jako że w tych dniach miał się odbyć mecz Szwecja-Polska w ramach mistrzostw świata w hokeju na lodzie. Po nieudanych poszukiwaniach chcieliśmy stamtąd nawiać, ale wszystkie drogi ucieczki zostały wcześniej zaminowane. A szwendał się tam taki gościu, co wyglądał na herszta tego całego pospolitego ruszenia. Grał prawie równo na gitarce, dowcipkował, zagadywał, bajerował i dopiero jak już wszystkich z nas rozpracował, to ujawnił, że jest księdzem. I tak proszę państwa poznaliśmy naszego kapłana młodzieży polskiej w Szwecji, księdz Czesława Nenikowskiego, pseudo „Gargamel”. Dał nam on wtedy popalić. To znaczy, że: nie można było palić, pić piwka, słuchać radia, za dużo jeść, a nawet patrzeć na dziewczynki podejrzanym wzrokiem. Zezowaci mieli wielkie nieprzyjemności z tego powodu. Miały to być tzw. „Dni skupienia”. Kolejną dawkę szoków otrzymaliśmy w ciągu drugiego dnia. Jednym z nich była msza św. odprawiana w ciasnym przedsionku w warunkach polowych. A ołtarz ze zwykłego stołu, miałem tuż przed nosem. Mało tego. Zamiast kazania mogliśmy sami wypowiedzieć się na temat fragmentu przeczytanej Ewangelii. Korzystając natychmiast z tej okazji wygłosiłem małe kazanie. Szkoda tylko, że mi ksiądz nie pozwolił zbierać na tacę, to przynajmniej zwróciłaby mi się podróż. Nigdy tak nie przeżywałem mszy. św. To było coś wspaniałego. Drżałem ze wzruszenia, tak jak się drży na widok trabanta ze spojlerami.

Wieczorem miał być mecz. Dla nas oczywiście rzecz święta, chociaż Czesiu tego nie mógł zrozumieć, a przecież trzeba szanować rzeczy święte. Zbunkrowaliśmy się jednak w samochodzie Mariusza i słuchaliśmy radia. Jak nasi strzelili bramkę to nas Czesiu nakrył i musieliśmy iść na ognisko. Tam czekały nas jednak większe emocje. Oprócz skeczów i nawijek mieliśmy potężną zabawę. Podzieliliśmy się na grupy. Jak ksiądz wskazywał na daną grupę to ta musiała zacząć coś śpiewać. Ci, co nie mogli nic znaleźć, a tylko ryli lub powtarzali to co już było, to odpadali. Mieliśmy kupę śmiechu i zabawy, taki mały Sopot. Ale to jeszcze nie był najciekawszy moment tego wieczoru. Mieliśmy tam takiego klienta, zdaje się, że ze Sztokholmu, który koniecznie chciał poskakać przez ognisko. No wiadomo, młody, odważny, na dodatek ze Sztokholmu. Czaił się przez cały wieczór, więc pilnowaliśmy ognia jak ludzie pierwotni. Ognisko powoli wygasło. Pozostał tylko blask niedopałków. Stanęliśmy wtedy w kręgu i zaśpiewaliśmy: „Panience na dobranoc”. Na koniec ksiądz powiedział – „Pomódlmy się teraz za tego, który pierwszy z nas odejdzie z tego świata… „ Wszyscy struchleli, komary pomdlały, a sępy zaczęły krążyć nad nami. Gdy już modlitwę zakończyliśmy, to korzystając z ostatniej szansy, nasz bohater próbował przeskoczyć jeszcze przez ognisko. Potknął się jednak biedaczek i padając plackiem, przykrył cały, świecący jeszcze żar ogniska. Zapanowała totalna ciemność i cisza. Prawie wszyscy mało co nie dostali zawału serca. Tylko jedna para skrzętnie wykorzystała okazję. A gościu wstał, otrzepał się i spokojnym kroczkiem udał się w kierunku chatki. Na szczęście nic się chłopaczkowi nie stało i wszyscy zaczęli się śmiać. A nasz bohater otrzymał pseudonim „Kaskader” i nawet polubił tę profesję.

Był to wspaniały obóz i bardzo ciężko było się nam rozstawać. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Göteborg i stamtąd wszyscy udali się do swoich domków. „Kaskader” oczywiście na pieszo. Gazetka „POLONICA”, Luty 1993

Ciekawostka: "Kaskader" został ... księdzem, mieszka i pracuje w Danii. Nazywa się Mikołaj Kęcik i jest wspaniałym przykładem jake niesamowite przemiany dokonują się w sercach i duszach polskiej młodzieży zrzeszonej w związkach katolickich. To długa historia, ale warta opisania...(pażdziernik 2008).

009          

8-10.06.1989

Nadszedł już czas, aby przypomnieć sobie najważniejsze wydarzenie w historii naszego związku, a mianowicie spotkanie z papieżem Janem Pawłem II w Vadstenie. Owszem, było kilka niezłych balang o również dużym znaczeniu, ale już się umówmy, że wyjazd do Vadsteny to było naprawdę coś wielkiego. Dzięki właśnie tej wizycie naszego ojczulka Świętego w Szwecji, mógł ten związek powstać i rozwijać się. Większość spotkań, już na samym początku miała głównie na celu zorganizowanie nas, właśnie na ten wyjazd.

Zainteresowanie było ogromne. Zgłosiło się paręset tysięcy chętnych, z czego ostatecznie selekcję przeszło 35 Bolków. A przygotowaliśmy się naprawdę bardzo dobrze. Nie wspominając już o operacjach plastycznych, przeprowadzonych na niektórych ryjkach., to najbardziej przyłożyliśmy się na wygląd zewnętrzny. Każdy został uzbrojony w chustę biało-czerwoną oraz chorągiewkę. Prawie jak na pochód pierwszomajowy. Sam wyjazd był dosyć udany. Wszyscy z Malmö, czyli około 100 katolików, mieliśmy spotkać się koło teatru i tam spokojnie czekać na autokary. Mieszanka była potężna: Polacy, Latynosi, Wietnamczycy oraz bojówki mniejszościowe. Gdy podjechał pierwszy autobus, to nasi rodacy oczywiście szturmem natychmiast go opanowali. To już chyba taki nawyk. Tymczasem Latynosi oraz inni, spokojnie sobie czekali, nic się nie przejmując. Nagle patrzymy a tu podjeżdża drugi bus, trzy razy lepszy od naszego; z telewizorem, kibelkiem, wentylacją i … czego im najbardziej zazdrościliśmy … trzeźwym kierowcą. Nie mogliśmy na to pozwolić. Niestety, kiedy plan odbicia luxbusa był już gotów, to nagle ruszyliśmy w drogę. Pierwsze pół godziny modliliśmy się, aby szczęśliwie dojechać. Później szły już same kawały, aby śmiechem uniemożliwić szoferowi zaśnięcie przy kierownicy. A jechało z nami takich dwóch gości, co rżnęli kawały jak z CeKaeMu. Jeden z nich miał ku temu szczególny dar. Potrafił tak świetnie nawijać, że za każdym jego słowem wszyscy padali na podłogę. Średnio wychodziło na to, że opowiadał krótki kawał przez pół godziny.

W końcu zajechaliśmy. Sporo zamieszania było zanim trafiliśmy na właściwe miejsce. Jeszcze większy chaos był z przyznawaniem biletów i przepustek, a już najgorszym skandalem był fakt, że porozdzielano chłopczyków i dziewczynki. Spowodowało to panikę i oburzenie wśród niewiast, które ... specjalnie nie brały ze sobą spiworów, co w dalszym ciągu nie zostało jeszcze do końca wyjaśnione. W każdym bądź razie spaliśmy głównie w szkołach, a konkretnie w salkach gimnastycznych.

Samo miasteczko Vadstena jest wspaniałe. Małe i stare, ale bardzo romantyczne. Potężny zameczek, klasztor, jeziorko - to główne atrakcje. Brakowało jedynie MCDonalda i Kasyna, no, ale jakoś to przeżyliśmy.

W czasie naszego trzydnowego pobytu, odbywało się sporo imprez kulturalno-rozrywkowych, występów, koncertów, festynów, spotkań, itp.

Jednym słowem jeden wielki festiwal młodzieży katolickiej. Ale najważniejszym punktem była oczywiście Msza Św. z Papą, która odbywała się na dziedzińcu zamku. Tym razem bez przemocy zajęliśmy nasze albo czyjeś miejsca, elegancko wystrojeni i udekorowani naszymi biało-czerwonymi rekwizytami. Siedzieliśmy tuż koło ołtarza, po prawej stronie, a więc widok mieliśmy znakomity. Sama Msza Św. była bardzo uroczysta. Mieliśmy w niej naszego reprezentanta w postaci Annetki Ferens, która czytała modlitwy wiernych, w stroju ludowym zresztą. Papież bardzo ładnie przemówił do młodzieży. Aby wszyscy dobrze zrozumieli, zrobił to w kilku językach, w tym także po szwedzku!!! Powiedział również parę zdań po polsku, czego nie było w planie. I tu się rzecz stała niesłychana. Mówiąc po naszemu, obrócił się w prawo i zwracał się bezpośrednio do naszych Bolków! Byliśmy mile zaskoczeni, niektórzy nawet płakali. To właśnie nasze barwy sprawiły, że wyróżnialiśmy się szczególnie. A było tam przecież pełno polskich harcerzy oraz innych Polaków. Było to wspaniałe wyróżnienie, które przypieczętowało powstanie naszego związku. Jego wzrok otoczył nas jakby błogosławieństwem. Mnie to tak zauroczyło, że nawet nie pamiętam jak wróciliśmy do domu. Gazetka „POLONICA”, Czerwiec 1993

... to na razie tyle... na dłuższą .... a może na krótszą chwilę......