.

Pierwszy obóz polskiej młodzieży

katolickiej z całej Szwecji

Gråbo koło Göteborga

15-16.04.1989

Temat: Miejsce i zadania młodego chrześcijanina we współczesnym świecie,
w świetle posłannictwa apostołów: idźcie i nauczajcie wszystkie narody....

Zdjęcia: Beata Ide (p.Zmyślona) i Robert Sadokierski

Pierwsze spotkanie polskiej młodzieży katolickiej z różnych miast mające na celu przygotowanie się do spotkania z Papieżem Janem Pawłem II w Vadstenie.

Wspomnienia pół żartem - pół serio
Gazetka „POLONICA”, Luty 1993

To było nasze pierwsze spotkanie z Polską Młodzieżą Katolicką z całej Szwecji. W bardzo ładnej, ukrytej chatce w środki lasu, spotkało się około 30 miłośników zwierzaczków i ludzików.

Naszą skromną brygadę tworzyli: Beata Zmyślona, Jacek Giryn, Lidia Lachowicz, Mariusz Staniszewski, Robert Sadokierski i Wojciech Urniaż.

Pierwszego szoku jakiego doznaliśmy był fakt, że nigdzie nie mogliśmy znaleźć telewizora, który był dla nas najważniejszy, jako że w tych dniach miał się odbyć mecz Szwecja-Polska w ramach mistrzostw świata w hokeju na lodzie.

Po nieudanych poszukiwaniach chcieliśmy stamtąd nawiać, ale wszystkie drogi ucieczki zostały wcześniej zaminowane.

A szwendał się tam taki gościu, co wyglądał na herszta tego całego pospolitego ruszenia. Grał prawie równo na gitarce, dowcipkował, zagadywał, bajerował i dopiero jak już wszystkich z nas rozpracował, to ujawnił, że jest księdzem.

I tak proszę państwa poznaliśmy naszego kapłana młodzieży polskiej w Szwecji, księdz Czesława Nenikowskiego, pseudo „Gargamel”. Dał nam on wtedy popalić. To znaczy, że: nie można było palić, pić piwka, słuchać radia, za dużo jeść, a nawet patrzeć na dziewczynki podejrzanym wzrokiem. Zezowaci mieli wielkie nieprzyjemności z tego powodu.

Miały to być tzw. „Dni skupienia”. Kolejną dawkę szoków otrzymaliśmy w ciągu drugiego dnia. Jednym z nich była msza św. odprawiana w ciasnym przedsionku w warunkach polowych. A ołtarz ze zwykłego stołu, miałem tuż przed nosem. Mało tego. Zamiast kazania mogliśmy sami wypowiedzieć się na temat fragmentu przeczytanej Ewangelii. Korzystając natychmiast z tej okazji wygłosiłem małe kazanie. Szkoda tylko, że mi ksiądz nie pozwolił zbierać na tacę, to przynajmniej zwróciłaby mi się podróż. Nigdy tak nie przeżywałem mszy. św. To było coś wspaniałego. Drżałem ze wzruszenia, tak jak się drży na widok trabanta ze spojlerami.

Wieczorem miał być mecz. Dla nas oczywiście rzecz święta, chociaż Czesiu tego nie mógł zrozumieć, a przecież trzeba szanować rzeczy święte.

Zbunkrowaliśmy się jednak w samochodzie Mariusza i słuchaliśmy radia. Jak nasi strzelili bramkę to nas Czesiu nakrył i musieliśmy iść na ognisko. Tam czekały nas jednak większe emocje.

Oprócz skeczów i nawijek mieliśmy potężną zabawę. Podzieliliśmy się na grupy. Jak ksiądz wskazywał na daną grupę to ta musiała zacząć coś śpiewać. Ci, co nie mogli nic znaleźć, a tylko ryli lub powtarzali to co już było, to odpadali. Mieliśmy kupę śmiechu i zabawy, taki mały Sopot. Ale to jeszcze nie był najciekawszy moment tego wieczoru.

Mieliśmy tam takiego klienta, zdaje się, że ze Sztokholmu, który koniecznie chciał poskakać przez ognisko. No wiadomo, młody, odważny, na dodatek ze Sztokholmu. Czaił się przez cały wieczór, więc pilnowaliśmy ognia jak ludzie pierwotni.

Ognisko powoli wygasło. Pozostał tylko blask niedopałków. Stanęliśmy wtedy w kręgu i zaśpiewaliśmy: „Panience na dobranoc”. Na koniec ksiądz powiedział – „Pomódlmy się teraz za tego, który pierwszy z nas odejdzie z tego świata… „ Wszyscy struchleli, komary pomdlały, a sępy zaczęły krążyć nad nami.

Gdy już modlitwę zakończyliśmy, to korzystając z ostatniej szansy, nasz bohater próbował przeskoczyć jeszcze przez ognisko. Potknął się jednak biedaczek i padając plackiem, przykrył cały, świecący jeszcze żar ogniska.

Zapanowała totalna ciemność i cisza. Prawie wszyscy mało co nie dostali zawału serca. Tylko jedna para skrzętnie wykorzystała okazję. A gościu wstał, otrzepał się i spokojnym kroczkiem udał się w kierunku chatki. Na szczęście nic się chłopaczkowi nie stało i wszyscy zaczęli się śmiać. A nasz bohater otrzymał pseudonim „Kaskader” i nawet polubił tę profesję.

Był to wspaniały obóz i bardzo ciężko było się nam rozstawać. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Göteborg i stamtąd wszyscy udali się do swoich domków. „Kaskader” oczywiście na pieszo. (RS)

Ciekawostka: "Kaskader" został ... księdzem, mieszka i pracuje w Danii. Nazywa się Mikołaj Kęcik i jest wspaniałym przykładem jake niesamowite przemiany dokonują się w sercach i duszach polskiej młodzieży zrzeszonej w związkach katolickich. To długa historia, ale warta opisania...(pażdziernik 2008)